Pewnej niedzieli rano zaskoczyła mię niespodziewana wizyta znajomego właściciela sklepiku z sąsiedniej gromady i prośba, abym pojechał do chorego, zabierając instrumenty chirurgiczne, gdyż może trzeba będzie wykonać drobną operację. Żadnych bliższych wyjaśnień nie chciał mi podać, zasłaniając się tajemnicą AK [...] Pojechaliśmy najpierw koleją do następnej stacji, a później kilka kilometrów furmanką. Dom chorego stał na skraju wsi, ukryty za koroną drzew. Na miejscu dowiedziałem się, że chory, nazwiskiem Witek, były sierżant 16 pp., a obecnie AK, poprzedniego dnia miał wykonać wyrok śmierci na gajowym. Całą noc czatował w lesie przy ścieżce, którędy zwykle gajowy przechodził w poszukiwaniu dzików.
Tym razem gajowy czy przeczuwając zasadzkę, czy ostrzeżony przez kogoś, wybrał inną drogę i obszedł czatującego od tyłu. Zanim ten zdążył się odwrócić, gajowy strzelił pierwszy z dubeltówki, trafiając Witka w pośladki i szybko zniknął między drzewami [...] Przy bliższym badaniu okazało się, że kilkanaście śrutów tkwi na różnej głębokości pod skórą. Większość z nich bez trudu udało mi się wyjąć, kilka jednak pozostawiłem, gdyż tkwiły zbyt głęboko. Opatrzywszy rany, wstrzyknąłem zapobiegawczo surowicę przeciwtężcową, nakazując obecnym przy zabiegu, tj. żonie rannego i memu przewodnikowi, jak najściślejszą tajemnicę, gdyż istniało zarządzenie, aby o każdej ranie postrzałowej zgłaszać policji. W tym wypadku najmniejsza pogłoska o nieudanym zamachu i pechowym zamachowcu mogłaby spowodować dochodzenia i aresztowania.
Gdy po upływie paru miesięcy zostałem aresztowany przez gestapo, jednym z moich współtowarzyszy w celi więziennej był sierżant. Witek. Mimo woli nasunęło mi się przypuszczenie, że pewnie ktoś nas "wsypał". Wprawdzie oprócz nas aresztowano też 25 osób z Tuchowa i okolic, ale to nie wykluczało związku aresztowania w powiązaniu z "tamtą" sprawą. Wieczorem sierżant Witek jako pierwszy został zabrany na przesłuchanie do siedziby gestapo. Czekaliśmy na jego powrót całą noc i cały dzień.
Po 24 godzinach wniosło go do celi dwóch strażników więziennych. W pierwszej chwili nie byliśmy pewni, czy to on. Twarz zmasakrowana, obrzękła, zasiniona, pokryta skrzepami krwi. Z trudem przyklęknął przy swojej pryczy. Nie był w stanie wypowiedzieć słowa ani poruszyć rękami. Gdy chcieliśmy go ułożyć na sienniku, bronił się z wyrazem strasznego bólu w twarzy. Pozycja klęcząca z oparciem ramion i głowy na pryczy była dla niego najwygodniejsza. Przeklęczał w tej pozycji następne 24 godziny.
W ciągu dnia wlewaliśmy mu ostrożnie do ust trochę kawy i zupy. Lekarz więzienny stwierdził rany tłuczone twarzy, pęknięcie szczęki, wybicie kilku zębów, złamanie czterech żeber i nadwichnięcie stawów barkowych oraz nadgarstkowych. W ciągu następnych dni bóle przy oddychaniu stały się mniejsze, pobity mógł już więcej pić i jeść oraz mówić; również twarz stawała się powoli podobna do ludzkiej.
Wieszanie na wyciągniętych rękach aż do omdlenia, kopanie po twarzy, deptanie omdlałych w ciężkich, okutych butach po klatce piersiowej - to były najczęstsze metody "przesłuchiwania". Opisane przeżycia towarzyszyły mi przez cały pobyt w więzieniu. Z każdym dniem ubywało nas. Jednych po przesłuchiwaniu izolowano w innych celach, drugich wywożono o świcie na rozstrzelanie. Byliśmy w każdej chwili przygotowani na śmierć lub w najlepszym razie na obóz w Oświęcimiu. Przed rokiem z tego samego więzienia odesłano do Oświęcimia, a następnie do obozu w Neuengamme pod Hamburgiem mojego brata, skąd już nie wrócił. Mój wyrok również brzmiał: obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.
W ostatniej chwili decyzja została zmieniona dzięki interwencji emerytowanego generała austriackiego Rauerta, który zarządzał dobrami Sanguszków w Gumniskach pod Tarnowem. Dyrektorem administracyjnym Rauerta był Dygat, a lekarzem, z którego porad często on korzystał, dr. Świerczewski. Obydwaj, należąc do AK i znając krytyczny stosunek Rauerta do gestapowskich metod, a zarazem życzliwy do Polaków, korzystali z wpływów generała w celu ratowania aresztowanych. Dla mnie okolicznością sprzyjającą był fakt, że leczyłem wielu gajowych i leśniczych pracujących w nadleśnictwie podległym Rauertowi - tym samym i mnie zaliczył on również do swoich pracowników. Interwencję w gestapo uważał więc za obowiązek pracodawcy w stosunku do pracownika.
Źródło:
S. Grochmal, Epizody z okupacyjnych przeżyć lekarza w Tarnowskiem (cz. I), "Tuchowskie Wieści", nr 4/59, lipiec-sierpień 1999, s. 8-10.



