Część druga rozmowy z dr. hab. Jerzym Kirszakiem, historykiem z Instytutu Pamięci Narodowej, znawcą i badaczem postaci gen. Kazimierza Sosnkowskiego, z okazji Roku Generała.
Po śmierci Marszałka gen. Kazimierz Sosnkowski - uważany powszechnie za jego oczywistego następcę - został odsunięty przez Ignacego Mościckiego i Edwarda Rydza-Śmigłego na boczny tor. Jakie były okoliczności tych wydarzeń?
To, że Sosnkowski już nie był tak blisko związany z Piłsudskim nie znaczyło, że nie był przez Piłsudskiego traktowany jako następca. Świadczy o tym wiele różnych dokumentów. W drugim wydaniu mojego albumu "Kazimierz Sosnkowski 1885-1969. Wola, wytrwałość i upór", które właśnie się ukazało, przedstawiam pewien dokument. Piłsudski udając się na urlop na Maderę w grudniu 1930 r. napisał w nim wyraźnie, że na czas jego nieobecności dowództwo w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych sprawuje generał Sosnkowski. Sosnkowski był najwyższym stopniem i starszeństwem generałem w Wojsku Polskim. W związku z tym we wszelkiego rodzaju wydarzeniach zawsze zastępował Piłsudskiego. Wojsko uważało go za naturalnego następcę Marszałka. Gdyby miało być inaczej, to Piłsudski jeszcze za swojego życia by to zaordynował. Wszystko wskazywało, że starszeństwo będzie utrzymane.
Gdy 12 maja 1935 roku umarł Józef Piłsudski i w ciągu kilku godzin prezydent Mościcki wybrał Edwarda Śmigłego-Rydza na Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych - czyli w czasie wojny generała przewidzianego na stanowisko Naczelnego Wodza - nominacja wywołała wielkie zdziwienie. Przede wszystkim u Sosnkowskiego. Ale on jako karny żołnierz trzasnął obcasami przed młodszym kolegą, którego wiele lat wcześniej przyjmował do Związku Walki Czynnej. I podporządkował mu się.
A okoliczności, o które pan pytał... Wydaje mi się, że wybitność Kazimierza Sosnkowskiego była dla niego w istocie przekleństwem. Ignacy Mościcki miał świadomość, że do tej pory Józef Piłsudski pociągał za wszystkie sznurki. Teraz, po jego śmierci, gdy akurat wchodziła w życie nowa konstytucja, dająca prezydentowi nieograniczoną niemal władzę, pojawiała się szansa odegrania znacznie większej roli na scenie politycznej. Mościcki się tym zachłysnął, a jako Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych nie chciał mieć człowieka, który jest pod każdym względem wybitny i który jest też politykiem. Potrzebował generała, który będzie się zajmował tylko sprawami wojskowymi. Dlatego wskazał na Śmigłego-Rydza. A że się przeliczył... Często tak bywa, że ludzie wcześniej obojętni na władzę, gdy pojawia się ona w ich zasięgu nie mogą się jej oprzeć. Dotknęło to także Śmigłego-Rydza, który w pewnym momencie zapragnął całej władzy, także politycznej. Stąd wszystkie jego późniejsze poczynania, łącznie z OZON-em i tak dalej.
Wydawało się, że odsunięcie Kazimierza Sosnkowskiego skończy się wraz z rosnącym zagrożeniem wojennym. Tymczasem we wrześniu 1939 r. generał najpierw nie miał żadnego przydziału i bezskutecznie się u niego upominał u Naczelnego Wodza. Dopiero 10 września został dowódcą Frontu Południowego.
To była kuriozalna sytuacja. Od 1 września Sosnkowski czekał na wezwanie Naczelnego Wodza i na jakiś przydział. Nie doczekawszy się wezwania w końcu sam 3 września udał się do marszałka. Prosił o powierzenie dowództwa obrony Warszawy. Był w końcu najstarszym stopniem generałem po Naczelnym Wodzu. Jednak ten wysłał go jako oficera łącznikowego do Armii "Karpaty" do Rzeszowa. Ostatecznie 10 września, gdy kampania była już w zasadzie przegrywana, został wyznaczony do objęcia dowództwa całości wojsk, które będą ewakuowane w kierunku południowo-wschodnim do granicy polsko-rumuńskiej. Miały tam w oparciu o góry bronić się ile się da i utrzymywać łączność z sojuszniczą Rumunią, przez którą miały iść transporty z zaopatrzeniem z Francji. Było to słynne przedmoście rumuńskie. Sosnkowski miał do dyspozycji jedną armię pod Lublinem, posuwającą się w kierunku wschodnim, i trzy odcięte dywizje pod Przemyślem. Dodajmy, że pozbawiony był z nimi łączności. W takiej sytuacji, wraz z trzema innymi oficerami, przeleciał samolotem do Przemyśla i na czele owych trzech dywizji piechoty, mocno już zresztą nadwyrężonych, zaczął przebijać się do Lwowa przez pierścienie niemieckie, walcząc w zasadzie na wszystkie strony. Na tej drodze doszło do taktycznego zwycięstwa w Lasach Janowskich, pod Mużyłowicami, gdzie rozbito część pułku SS "Germania" i zdobyto duże ilości sprzętu, artylerii. Można w wielu miejscach przeczytać, że został tam rozbity cały pułk. To nieprawda, rozbito batalion, ale w tamtym czasie to zwycięstwo zostało rozdęte do rozmiaru niebywałego sukcesu, bo wszak dodawało otuchy. W Warszawie i we Lwowie mówiono, że Sosnkowski rozbił całą dywizję pancerną, gdzieś jeszcze, że dwie dywizje pancerne, ale tak naprawdę to był nie pułk, tylko jeden batalion. Zdobyto natomiast cały sprzęt motorowy, Sosnkowski narzekał, że nie ma kierowców, którzy by potrafili go przejąć, musiano wszystko niszczyć, tylko sztaby przyjęły motocykle i samochody terenowe. Z resztkami swoich dywizji generał nie przebił się do Lwowa, do którego weszli już Sowieci. Ze swoim wiernym pułkownikiem Franciszkiem Demelem i dwoma przypadkowymi ludźmi przeszedł przez Karpaty Wschodnie na Węgry.
We Francji gen. Władysław Sikorski mianował Sosnkowskiego Komendantem Głównym Związku Walki Zbrojnej. Jaki był jego wkład w organizację krajowego podziemia?
Tutaj znowu ujawniły się jego zdolności organizacyjne. To on stworzył całą siatkę łączności, kurierów i strukturę. W okresie paryskim od 1939 do 1940 roku nici całej krajowej konspiracji - wszelka komunikacja, rozkazy, pieniądze, potem także akcja scaleniowa - skupione były w rękach Sosnkowskiego i to on kierował organizacją. Sytuacja pogorszyła się po klęsce Francji i przeniesieniu rządu do Wielkiej Brytanii. Cała ta sieć łączności się urwała. Wtedy właśnie na wniosek Sosnkowskiego całość dowodzenia przejął Komendant Główny w kraju. To Sosnkowski wyznaczył generała "Rakonia", czyli Stefana Roweckiego "Grota" na stanowisko dowódcy Związku Walki Zbrojnej.
Jakie były relacje Sosnkowskiego z premierem i Naczelnym Wodzem gen. Władysławem Sikorskim?
Znali się od 1908 roku, bo wspólnie zakładali Związek Walki Czynnej, byli po imieniu. Co ciekawe, Sikorski - mało znana rzecz - był świadkiem na ślubie Sosnkowskiego w 1921 roku w Warszawie. Sosnkowski był też krytycznie nastawiony do rządów sanacyjnych, ale nie był aż tak zacietrzewiony jak Sikorski. W dodatku w czasie wojny Sikorski miał pomocników jeszcze bardziej zacietrzewionych niż on. Takie postacie jak minister Stanisław Kot i generał Izydor Modelski to szczególne czarne charaktery. Wszystko, co pachniało im sanacją, było zwalczane, a Sikorski w dużej mierze to autoryzował. Sosnkowski oburzał się na taką politykę. Naczelny Wódz na przykład był zły, że Sosnkowski wyznaczył na stanowisko dowódcy ZWZ oficera z Legionów. Ten odpowiedział listem, w którym pisał: "Oficerem I Brygady jestem i ja, i tej swojej przyszłości nie zamierzam się wstydzić i jestem z niej dumny".
No więc ich stosunki były napięte, a zupełnie posypały się w lipcu 1941 roku, po ataku Niemców na ZSRR. Sosnkowski był zwolennikiem zawarcia z nimi umowy, jeśli zostaną w niej zagwarantowane przedwojenne granice Polski. Po układzie Sikorski-Majski, w którym zabrakło tej deklaracji, złożył dymisję z rządu. W porozumieniu z prezydentem Raczkiewiczem podjął rozmowy na temat stworzenia nowego gabinetu, ale nie przyniosły one efektów. Do śmierci Sikorskiego w lipcu 1943 roku nie pełnił żadnych funkcji politycznych i wojskowych.
Po śmierci gen. Władysław Sikorskiego Sosnkowski został mianowany Naczelnym Wodzem. Jaką politykę prowadził?
Nie mógł prowadzić polityki, bo w 1942 roku dekretem Prezydenta Rzeczypospolitej nastąpiło podporządkowanie Naczelnego Wodza rządowi. Przysługiwało mu tylko prawo doradcze i zajmowanie się wyłącznie wojskiem. Gdy premierem i Naczelnym Wodzem był Sikorski, nie miało znaczenia, czy podlega sobie - premierowi jako Naczelny Wódz, czy jako premier wydaje rozkazy Naczelnemu Wodzowi. Ale gdy po jego śmierci te stanowiska zostały rozdzielone, premierem został Stanisław Mikołajczyk (dotychczasowy wicepremier), a Naczelnym Wodzem Sosnkowski, to siłą rzeczy został podporządkowany rządowi. I rzeczywiście nie mógł niczego robić na własną rękę. Kwestiami, na których się skupił były wojsko i Armia Krajowa. Dążył do rozbudowy sił zbrojnych na obczyźnie, uważając, że to jest i będzie ważne. Nie wiadomo było jak potoczą się losy wojny. W 1943 roku odbyła się konferencja w Teheranie, na której zadecydowano o losach Polski, ale nie zostało to wówczas nagłośnione. Ogłoszono to dopiero rok później w Jałcie, ale z różnych przecieków było wiadomo, co zostało ustalone i generał o tym wiedział.
W związku z tym przez cały czas swojej służby dążył, żeby nie narażać wojska w kraju na niepotrzebne straty, bo przyszłość została już za nas zadecydowana i to przez obcych. Wobec tego naszą jedyną drogą jest stać twardo na własnym stanowisku, nie odchodzić od własnych praw i nie wchodzić w alianse z Sowietami, bo Rosjanie nigdy nie dotrzymują przyrzeczeń. Rzucą się na nas z całą swoją siłą. My takiej siły nie mamy, jesteśmy uzależnieni od aliantów, a alianci wolą Sowietów. I tu pojawiał się konflikt z premierem Mikołajczykiem, który uważał, że z Rosjanami trzeba rozmawiać, że można iść na jakieś ustępstwa i że to przyniesie coś dobrego. Mikołajczyk nie znał Rosji, pochodził z Wielkopolski, był zupełnie z innego świata. Sosnkowski Rosję znał, jeszcze carską, wiedział - a dzisiejsze czasy też to pokazują - że Rosja nigdy się nie zmienia. Generał uważał, że należy teraz czekać na jakiś lepszy rozwój wypadków, bo przecież wszystko się na wojnie jeszcze może zdarzyć, a przede wszystkim nie możemy ustępować, na przykład zwalniać sojuszników z udzielonych gwarancji.
Kazimierz Sosnkowski wykazał się umiejętnością przewidywania przebiegu przyszłych stosunków polsko-sowieckich. Był zdecydowanym przeciwnikiem ujawniania się Armii Krajowej.
Tak, generał był przeciwnikiem ujawniania się podczas Akcji "Burza", a także przeciwnikiem decyzji o wybuchu powstania w Warszawie. Co nim kierowało? Dokładnie przewidział bieg wypadków: ujawnimy się bolszewikom, na chwilę zaistnieje współpraca, a później wszyscy trafią do więzień albo łagrów. Powiedział mniej więcej coś takiego: jeżeli będą rozbrojenia oddziałów AK, to oficerowie mogą być zesłani, a żołnierze będą wcielani do Armii Czerwonej. Powiedział też, proszę sobie wyobrazić, że jeżeli będą mieli wybór, to żeby wstępowali do armii Berlinga. Uważał, że mimo wszystko akowców należy tam lokować. Generalnie wiedział, że współpraca z Sowietami skończy się źle i zalecał, żeby jej nie było. Natomiast co do Powstania Warszawskiego, to był przeciwny. Do tej pory wybrzmiewa w charakterze zarzutu, że nie zakazał jego wybuchu w stolicy. On nie mógł zakazać, bo jeżeli rząd mówi dowódcy Armii Krajowej: Wy decydujecie, nie Naczelny Wódz, możecie ogłosić powstanie w dowolnym, wybranym przez was momencie, to Sosnkowski, który zawsze był legalistą, nie chce się sprzeciwiać rządowi.
A poza tym mówił jeszcze jedną rzecz: a co by się stało, gdyby powstanie w Warszawie skończyło się sukcesem? Jeżeli pokonamy Niemców i będziemy gospodarzami, wejdą bolszewicy to pojawi się konieczność obrony terytorium Polski. Bo gdyby realizowano plan Komendy Głównej AK o podjęciu walki z Rosjanami, to przecież byłby prezent dla Stalina, który od razu powiedziałby: No widzicie, miałem rację, to są faszyści. Współpracują z Niemcami, strzelają do nas. Cały dorobek sił zbrojnych na obczyźnie w jednej chwili zostałby zniweczony. Dlatego właśnie generał był przeciwny. Ale gdy powstanie wybuchło, robił wszystko, by mu pomóc.
1 września 1944 roku Sosnkowski wydał rozkaz nr 19, w którym krytykował bezczynność aliantów wobec Powstania Warszawskiego. Rozkaz ten stał się przyczyną zdymisjonowania go ze stanowiska Naczelnego Wodza.
Trzeba powiedzieć, że rozkaz został wydany na żądanie dowódcy Armii Krajowej, generała Tadeusza Komorowskiego "Bora", który w sierpniu 1944 roku, już po tygodniu powstania, wysłał dramatyczną depeszę do Londynu, że my tu walczymy, a wy tam nic nie robicie. Żądamy, żeby głośno wyartykułować, iż Polska, która walczy od początku na wszystkich frontach, jest teraz porzucona przez aliantów. No i Sosnkowski tę dyrektywę czy prośbę swojego podkomendnego spełnił. Podkomendnego, który go nie słuchał, gdy w lipcu 1944 Sosnkowski w szeregu depesz pisał mu, że powstanie nie ma sensu. Teraz - w drugą stronę - Komorowski pisał, żeby mocno zaakcentować wspomniane wyżej żądania, Sosnkowski to robi, a że był świetnym pisarzem, to rozkaz numer 19 stał się perełką języka polskiego. Rzeczywiście wytyka w nim aliantom, że porzucają Polskę, że Warszawa czeka nie na słowa uznania i pochwały, lecz na broń i amunicję itd. Ale skoro pojawił się tam zwrot, że Polska wysłuchawszy zachęty brytyjskiej stanęła do walki 1 września 1939 r., to Stanisław Mikołajczyk od razu skorzystał z okazji. Uznał, że to obraża naród polski i zażądał od prezydenta zwolnienia Sosnkowskiego. Rozpętała się burza. Wszyscy - w tym brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden - przychodzili do Mikołajczyka, domagając się usunięcia generała. Pod tak zmasowaną presją prezydent się ugiął. 30 września 1940 roku, mając łzy w oczach, powiedział: "Wiem dobrze, że popełniam rzecz wysoce niemoralną, lecz niech Bóg Najwyższy będzie mi świadkiem, że innego wyjścia nie mam".
Zdymisjonowany generał wyjechał do Kanady, tam zamieszkał i zajął się zupełnie innymi sprawami. Jaką rolę pełnił po wojnie w polskim życiu emigracyjnym?
To też trzeba doprecyzować - wyjechał do Kanady początkowo na urlop. Został zwolniony ze stanowiska Naczelnego Wodza, ale nie został zwolniony z wojska. Był w dyspozycji prezydenta. Prezydent obiecał mu, że jeżeli dojdzie - a władze polskie do tego dążyły - do połączenia 2. Korpusu, który walczył we Włoszech, z 1. Dywizją Pancerną, która walczyła we Francji, i z 1. Korpusem, który organizował się w Szkocji, w jedną armię polową, to Sosnkowski zostanie jej dowódcą. Nie Naczelnym Wodzem, a dowódcą tej armii na froncie. Czyli robiłby to, co lubił najbardziej. Ale ponieważ jesienią 1944 roku front się zatrzymał, Rosjanie stanęli na Wiśle wyczerpani swoją ofensywą, alianci utknęli na Renie, nic nie zapowiadało, że front w najbliższym czasie ruszy. Sowiecka ofensywa ruszyła dopiero w styczniu 1945 roku, a aliancka w marcu. Była więc chwila czasu i Sosnkowski pojechał na krótki urlop do Kanady, by odwiedzić trzech młodszych synów, ewakuowanych tam z Wielkiej Brytanii jeszcze w 1940 roku. Dwaj starsi służyli w Polskich Siłach Zbrojnych, jeden w marynarce, drugi w lotnictwie. Okazało się, że z Kanady już później nie miał powrotu do Wielkiej Brytanii, bo nie dostawał wizy, podobnie zresztą do USA. Kanada stała się dla niego miejscem półinternowania. Spędził tam ćwierć wieku życia. W 1946 roku kupił farmę w miejscowości Arundel około 100 km od Montrealu, hodował krowy, świnie i kury, pracował fizycznie. Z Polskich Sił Zbrojnych zwolniono go 1 maja 1947 roku.
Gdy wreszcie pozwolono mu wyjeżdżać, był parę razy w Wielkiej Brytanii w latach 50. Usiłował tam doprowadzić do zjednoczenia podzielonej politycznie emigracji i objąć stanowisko prezydenta. Jego akcja zjednoczeniowa nie zakończyła się sukcesem z powodu oporu prezydenta Augusta Zaleskiego. Gdy emigracyjna Tymczasowa Rada Jedności Narodowej wydała uchwałę oznajmiającą, że będzie zastępować prezydenta Zaleskiego, Sosnkowski - jak zawsze legalista - uznał, że to naruszenie prawa i wycofał swoją kandydaturę na następcę prezydenta.
Wrócił do Kanady i do końca życia na polu publicystycznym walczył o sprawę niepodległości. Sprzeciwiał się utrzymywaniu kontaktów z PRL-em. Jeździł do USA, wypowiadał się na tematy polityczne, wygłaszał odczyty. Był nestorem polskiej emigracji. Zmarł 11 października 1969 roku w Arundel. Urnę z prochami w kwietniu 1970 roku złożono w kościele św. Stanisława w Paryżu, a potem w grobowcu Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu na cmentarzu w Montmorency. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, 12 listopada 1992 roku jego prochy sprowadzono do kraju i złożono w bazylice św. Jana Chrzciciela w Warszawie.
Powtórzmy raz jeszcze: mimo wszelkich zasług, dorobku wojskowego i politycznego, roli, jaką odegrał w historii Polski, Kazimierz Sosnkowski nie jest postacią aż tak znaną i kojarzoną przez Polaków, jak inni aktorzy tych wydarzeń.
Zajmuję się jego osobą od wielu lat i niestety muszę to potwierdzić. Był człowiekiem wybitnym, nietuzinkowym, o ogromnych zasługach dla Polski. Jego wyborem było, że wolał pracować w cieniu innych, w drugim rzędzie, na zapleczu, tam gdzie rzeczywiście było dużo do zrobienia, a nie brylować w blasku fleszy. Jego działalność nie była aż tak spektakularna, by przyciągnąć uwagę szerokich rzesz społeczeństwa. Od popularności ważniejsza dla niego była dobrze wykonana praca oraz wierność zasadom i sobie.. To wzór aktualny również dla nas w dzisiejszych czasach.
Rozmawiał: Paweł Stachnik
Dr hab. Jerzy Kirszak - ur. w 1968 r., historyk, pracownik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN we Wrocławiu i Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie. Autor m.in. książek: (z J. Komorowskim i K. Szwagrzykiem) "Portret malowany historią. Dzieje rodziny Komorowskich" (2008), "Generał Kazimierz Sosnkowski" (2012); "Armia Rezerwowa gen. Sosnkowskiego w roku 1920" (2013), (z M. Gałęzowskim) "Twórca Niepodległej. Józef Piłsudski 1867-1935" (2018).



