Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w 140. rocznicę urodzin człowieka symbolu wytrwałej walki o niepodległość, znakomitego organizatora Wojska Polskiego i niezłomnego orędownika sprawy polskiej na arenie międzynarodowej, ustanowił rok 2025 Rokiem Generała Kazimierza Sosnkowskiego. Kim był? Przypominamy pierwszy okres życia Kazimierza Sosnkowskiego, późniejszego komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej, Wodza Naczelnego Polskich Sił Zbrojnych.
"Walki ZWZ, następnie Armii Krajowej na przestrzeni lat 1939-1944, to jeden wielki epos żołnierski, jedna wielka bitwa Narodu, walczącego z najazdem o przyszłość, całość, niepodległość i wielkość Polski" - pisał gen. Sosnkowski 29 września 1944 roku.
Sosnkowscy byli starym szlacheckim rodem z Podlasia, a stryjeczny dziadek Ignacy, którego portret wisiał na honorowym miejscu w salonie rodziców przyszłego generała przy ulicy Rymarskiej w Warszawie, był oficerem Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, powstańcem listopadowym odznaczonym krzyżem Virtuti Militari oraz Legią Honorową. Ale charakter i upór Kazimierz, jak sam twierdził, miał po matce, Żmudzince z folwarku Gintowce. Zofia z Drabińskich była czwartą żoną Józefa i po jego śmierci w 1895 roku to ona wychowywała czwórkę dzieci, w tym urodzonego 19 listopada 1885 r. Kazimierza. Talent muzyczny Kazimierz odziedziczył po ojcu Józefie, który choć był inżynierem chemikiem, komponował różne utwory i przez pewien czas dyrektorował Towarzystwu Muzycznemu w Warszawie.
Bojowiec z PPS
Młody Sosnkowski uczył się, zresztą bardzo dobrze, w klasycznych gimnazjach: najpierw do siódmej klasy w Warszawie, a potem w Petersburgu. Szkołę musiał zmienić, bo jego działalność w zakazanych przez zaborców patriotycznych kołach samokształceniowych nie pozostała niezauważona i dyrektor nie dawał mu szans na zdanie matury. Złożył ją zatem i to na złoty medal w stolicy carów. Chciał tam też studiować, ale gdy w 1904 roku przyjechał do Królestwa, przedrewolucyjna atmosfera wpłynęła na jego decyzję o pozostaniu w Warszawie i zdaniu egzaminu na Wydział Architektury Instytutu Politechnicznego.
Wkrótce potem wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, która "organizowała z bronią w ręku walkę o niepodległość". Przekonał się o tym w niedzielę 13 listopada 1904 roku na placu Grzybowskim, gdzie w czasie wielkiej manifestacji zorganizowanej przez PPS w proteście przeciwko wysyłaniu Polaków na front japoński zapamiętał "postacie bojowców, którzy stojąc na stopniach kościoła Wszystkich Świętych, strzelali z nieskutecznych rewolwerów, tzw. 'welodoków', do kordonów carskiej policji i wojska, opasujących świątynię".
Po zamknięciu przez władze Instytutu Politechnicznego (i innych szkół), jako represji za strajk szkolny, Sosnkowski, dla towarzyszy występujący pod pseudonimem "Ryszard", oddał się zupełnie robocie partyjnej. Obserwowany przez carskich tajniaków, uniknął aresztowania tylko dlatego, że, jak wspominała jego siostra Stanisława, żandarmi "omylili się, trafili o piętro wyżej i wyciągnęli Bogu ducha winnego chłopca", a gdy wrócili po niego następnego dnia, nie zastali go już w domu. Ukrywał się, a w końcu 1905 roku wyjechał na inspekcję PPS do Niemiec i Austrii, potem zaś do Krakowa.
Na VIII Zjeździe PPS we Lwowie w lutym 1906 roku nareszcie zobaczył Józefa Piłsudskiego, któremu już wcześniej chciał się "oddać pod rozkazy". A porwany duchem jego przemówień i nieugiętym trwaniem przy hasłach "niepodległej Polski oraz konieczności planowych przygotowań do walki zbrojnej" wstąpił do kierowanej przez niego Organizacji Bojowej (OB). Sześć tygodni w krakowskiej, zakonspirowanej "szkole bojowej" pod komendanturą Władysława Jaxy-Rożena wystarczyło, żeby dwudziestoletni Sosnkowski stał się specjalistą od działań zbrojnych. Jak każdy bojowiec, przeszkolony w posługiwaniu się bronią i materiałami wybuchowymi, wiedział też jak wykoleić pociąg, jak walczyć w mieście, znał topografię, zasady łączności, a także potrafił opatrywać rannych. Organizację i metody pracy bojowej oraz taktykę działań partyzanckich wykładał mu sam Piłsudski, który też, pomijając starszych towarzyszy, wydał młodemu, ale niezwykle zdolnemu uczniowi rozkaz rozbudowania najważniejszego, warszawskiego okręgu Organizacji Bojowej. Efekty jego zaledwie kilkumiesięcznej pracy były imponujące: kilkuset nowych członków i nowa taktyka, czyli należyte przygotowanie każdej akcji przez wywiad, zabezpieczenie odwodów i planów wycofania po skończeniu działań. To jego bojowcy zaatakowali w czerwcu 1906 roku jednocześnie 25 sklepów monopolowych w Warszawie. Oni też dokonali udanych zamachów na carskich szpiegów oraz urzędników, w tym generała-gubernatora do spraw policyjnych Andrieja Markgrafskiego. I w końcu to Sosnkowski zainicjował i pokierował pierwszą, poważniejszą akcją zbrojną od czasu powstania styczniowego, słynną "krwawą środą", 15 sierpnia 1906 roku, kiedy to zaatakowano jednocześnie kilkadziesiąt posterunków carskiej policji, co tak przeraziło Rosjan, że na kilka dni wycofali się z Warszawy. Po kolejnych sierpniowych akcjach, generał-gubernator Gieorgij Skałon, zresztą też ofiara zamachu, ale nieudanego, meldował do Petersburga, że jak bojowcy będą tak sobie dalej napadać, to "miasto Warszawa a z nią cały kraj, pozostaną wkrótce bez policji".
Związek Walki Czynnej
Mimo sukcesów w Królestwie, w Rosji rewolucja została stłumiona, a Sosnkowski tropiony przez carską ochranę przenosił się kolejno do Radomia i Zagłębia Dąbrowskiego. W końcu, wypalony i zniechęcony wystąpił z Organizacji Bojowej i na początku 1907 roku wyjechał do Szwajcarii, a z początkiem wiosny do Włoch, gdzie pracował we florenckiej bibliotece Uffizi. Rozkochany w "szlachetnej architekturze i starych pałacach oraz każdym kamieniu gadającym tam językiem wieków" chciał studiować architekturę na politechnice w Mediolanie. Ale brak pieniędzy spowodował, że "życie pobiegło torem odmiennym od zamierzonego, pod znakiem nie Muz, lecz Marsa", bo zamiast do Mediolanu, trafił do Lwowa i tu zapisał się na architekturę, a nawet ożenił z panną Stefanią Sobańską, zatrudnioną w księgarni Altenbergów. Przede wszystkim jednak wrócił do partyjnej roboty w PPS. Piłsudski zaproponował mu prowadzenie szkoły bojowej i kierowanie pracami bojowo-partyjnymi PPS Frakcji Rewolucyjnej we Lwowie. Tam też pewnego czerwcowego dnia 1908 roku, przy kawiarnianym stoliku, Piłsudski zainspirował "Józefa", bo takiego pseudonimu używał wtenczas Kazimierz, do założenia kadrowej organizacji wojskowej, będącej zaczątkiem ogólnopolskiego ruchu wojskowego. Jeszcze w tym samym miesiącu, w lwowskim mieszkaniu Sosnkowskiego, przy ul. Lenartowicza 12, kilkunastu konspiratorów usłyszało od gospodarza, że: "Jedynie pięść uzbrojona może wydrzeć caratowi ustępstwa, jedynie ona gwarantuje ich utrzymanie. Niepodległa demokratyczna republika polska leży w odległości uzbrojonego ramienia". Tak powstał Związek Walki Czynnej (ZWC). Jeden z obecnych wtedy gości-założycieli tegoż związku, późniejszy generał, wybitny historyk Marian Kukiel, stwierdził potem, iż: "Sosnkowski uczynił krok niezwykłej doniosłości dziejowej: w porozumieniu z kilkoma podkomendnymi założył organizację wojskową, bezpartyjną i niezależną, mającą wychowywać oficerów dla przyszłego powstania zbrojnego przeciwko Rosji". Sosnkowski stworzył też od razu pierwszą, początkowo tajną, polską szkołę wojskową i jak dodawał Kukiel: "Jego wytrwałość, silna wola, twardy charakter utrzymały istnienie tej szkoły wśród niesłychanych trudności i przeszkód, wśród ospałej obojętności ogółu, przy braku wszelkiego poparcia... Trzeba zaś było niezwykłej mocy ducha, aby przemóc fatalną niewspółmierność sił i zamiarów, aby czyniąc rzeczy, mające zrazu wszelkie pozory śmieszności, ocalić powagę sprawy, wyrabiać z wolna szacunek dla niej wśród otoczenia. Czas to był bowiem, gdy jednym plutonem, w cywilnych ubraniach, z paru sztukami broni owiniętej w derki, ruszało się w jary i na polany leśne na tajemne ćwiczenia, kiedy strzelano po wąwozach pojedynczo, do improwizowanych celów; a jednak nie tylko zdobywano sobie duże wyrobienie wojskowe, lecz także wzmagała się żądza wiedzy, namiętność do sztuki wojennej, dojrzewały roczniki pierwsze oficerów strzeleckich". Szkolenia prowadził także sam Sosnkowski, m.in. objaśniając produkcję materiałów wybuchowych. Jeden z jego uczniów, Józef Zamorski "Kordian" przyznawał, że "nikt z wykładowców tak mu nie imponował jak ten człowiek, który z taką swobodą gniótł kluski dynamitu, dzielił je jakąś drewnianą linią, wreszcie rozwałkowawszy go na wąskie paski, podpalał - dość powiedzieć wyczyniał takie rzeczy, że duch przykucał".
Niewątpliwie, jak podkreślają historycy i biografowie generała, założenie ZWC było jednym z jego najważniejszych osiągnięć, bo, na co zwrócił uwagę inny generał - Julian Stachiewicz, organizację tę można "słusznie uznać za źródło odrodzonego wojska polskiego Drugiej Rzeczypospolitej, gdyż wyłoniony z niej Związek Strzelecki wraz z Drużynami Strzeleckimi stanowiły jądro Legionów". Dlatego "Historia Związku Walki Czynnej stanie w dziejach naszych walk wyzwoleńczych doby popowstaniowej na miejscu pierwszorzędnym. Organizacja ta była pierwszą, która postawiła sobie za cel techniczne i ideowe przygotowanie kadr powstańczych".
Szef
Na początku lata 1912 roku kierownictwo tajnego ZWC objął Józef Piłsudski, a Sosnkowski już od 1910 dowodził zalegalizowanym przez Austrię jako paramilitarna organizacja szkoląca młodzież jawnym Związkiem Strzeleckim (ZS). Ich współpraca była jak najściślejsza i właściwie byli nierozłączni, czy to w Krakowie, czy w Zakopanem u Hyca Olesiaka, w którego chacie przy drodze do Poronina mieszkali, rozmawiając długo w nocy, czasem nad partią szachów, czasem przy wincie - Komendant Główny Piłsudski, czyli po prostu "Komendant" i jego, prawie o dwadzieścia lat młodszy, ale w pełni dojrzały, niezwykle zdolny zastępca i Szef Sztabu, czyli "Szef" - bo tak się do nich zwracano. Bogusław Miedziński zauważył, że Sosnkowski posiadał "wręcz wyjątkowy talent organizacyjny i pęd do wyciągania konsekwencji praktycznych i wcielania w życie raz powziętych koncepcji. Pod tym względem - jego zdaniem - górował nad Józefem Piłsudskim i był jego znakomitym dopełnieniem".
W przygotowanym w 1914 roku "Naszym wychowaniu wojskowym" Sosnkowski rozważał zasadniczy problem odradzającej się wojskowości polskiej. Ponieważ nastąpiło "odbojowienie społeczeństwa, zanik tradycji i ducha rycerskiego, deptanego z rozmysłem i konsekwentnie w ciągu ostatnich lat pięćdziesięciu, niszczejącego i konającego z wolna w zaduchu niewoli, w atmosferze strachu i pełzania przed wrogiem" konieczne stało się "przeoranie współczesnej duszy narodowej, przystosowanie jej do potrzeb i zadań wojny, odgrzebanie spod popiołów instynktu żołnierskiego, stworzenie odpowiadającej wymaganiom czasu wojskowej kultury psychicznej w społeczeństwie. (...) Najlepszy plan organizacyjny, choćby najtroskliwiej i najszczegółowiej opracowany, staje się fikcją i papierową wartością, jeśli armii brak spoideł moralnych. Armia taka, pomimo pozornej architektoniki, pozostanie w gruncie rzeczy tłumem o dążnościach odśrodkowych, rozpryskujących się pod wpływem każdego silniejszego wstrząśnienia. Jedynie żelazna dyscyplina, bezwzględna karność, zaufanie wzajemne dowódców i podkomendnych, wreszcie zżycie się wewnętrzne warunkują ową spoistość organizmu wojskowego, która stanowi jedną z najważniejszych podstaw powodzenia lub ostoję i oparcie, pozwalając przetrwać chwile krytyczne, okresy nieszczęść i porażek".
Jesienią 1914 roku Szef miał zdawać egzaminy końcowe na politechnice, bo mimo nawału wojskowej pracy oddał wszystkie wymagane rysunki i projekty oraz zaliczył cały obowiązujący materiał studiów i to celująco. Ale nie dane mu było zostać inżynierem architektem, ponieważ... wybuchła wojna. Była to ta wojna, na którą czekali Polacy i w której z powodzeniem mieli walczyć o odzyskanie Niepodległej Ojczyzny.
Rozkaz nr 63
W nocy z l na 2 sierpnia, w reakcji na mobilizację w Austro-Węgrzech, Piłsudski ogłosił mobilizację organizacji strzeleckich. Nad jej sprawnym przeprowadzeniem czuwał niezawodny Sosnkowski. Naprzeciwko krakowskich Błoni, na skraju Parku Jordana od 1912 roku stały prowizoryczne, ale malownicze drewniane dworki, postawione specjalnie z okazji wystawy wnętrz mieszkalnych. Po zakończeniu ekspozycji władze Krakowa przekazały te pomieszczenia Piłsudskiemu i jego strzelcom na koszary. Były to słynne Oleandry. Z nich właśnie wymaszerowali pierwsi polscy żołnierze na wojnę. Tam też 2 sierpnia o godzinie 22 Szef odbył pierwszą wojenną odprawę z pierwszym patrolem strzeleckim udającym się do Królestwa. Ochotnicy - słynna "siódemka Beliny" - usłyszeli wtedy, że "choć będą wisieć, ale za to spełnią pięknie swój obowiązek żołnierski i historia o nich nie zapomni". Cztery dni później, jako Szef Sztabu Głównego "Józef", o 1.27 napisał rozkaz nr 63: "Do Ob. Zbigniewa [Tadeusza Kasprzyckiego] Komendanta I Kompanii Kadrowej. Kompania Wasza ma być zebrana na placu zbiórki do wymarszu dzisiaj o godz. 3. Zbiórka winna być dokonana cicho i bez rozgłosu". I razem z Komendantem odprawił za kordon ten pierwszy od czasów powstania styczniowego regularny oddział wojska polskiego. Jeszcze tego samego 6 sierpnia pojechał z Piłsudskim do Krzeszowic na zorganizowany tam punkt etapowy. Wieczorem z kolejnym oddziałem strzelców i oni wyruszyli na wojnę. 12 sierpnia wkroczyli do Kielc, skąd "Komendant niezwłocznie odjechał, pozostawiając dowództwo batalionu mnie, jako swemu stałemu zastępcy w dowodzeniu. Wkrótce po jego odjeździe jakiś zacny kielczanin zjawił się na dworcu z informacją, że w mieście krążą uparte pogłoski o szykującym się ataku rosyjskim. Zaledwie zdążyłem obsadzić jedną kompanią uzbrojoną w werndle [karabiny] wszystkie okna frontowe na dole i na piętrze dworca kolejowego, gdy od strony śródmieścia doszły nas odgłosy dość gęstej strzelaniny. Po paru minutach na szerokiej i prostej ulicy prowadzącej do dworca ukazały się dwa samochody rosyjskie, które ostrzelały nas z niewielkiej odległości ogniem karabinów maszynowych. Przywitani gęstą kanonadą naszych przestarzałych, jednostrzałowych, wielkokalibrowych, a przez to na niewielkie dystanse groźnych werndli, napastnicy zdołali zawrócić w miejscu i uciekli, uwożąc rannych i zabitych, w których liczbie znaleźli się - jak zdołaliśmy później stwierdzić - podpułkownik i paru młodszych oficerów ze sztabu gen. Nowikowa [dowódcy rosyjskiej 14. Dywizji Kawalerii]. Samochody, ostrzelane ponownie przy wyjeździe z miasta przez ludzi z patrolu Beliny, rozbiły się w rowach przydrożnych. Strzały, które słyszeliśmy poprzednio ze strony śródmieścia, zostały spowodowane przez dwa szwadrony huzarów rosyjskich, które w szyku konnym wjechały na rynek i zostały przywitane ogniem reszty beliniaków ukrytych w pobliskich domach. Szwadrony skłębiły się, paru Moskali odniosło rany, kilka koni znalazło się na bruku; w końcu, widząc pokiereszowane samochody, wracające z nieudanej wyprawy, huzarzy wycofali się z miasta w stronę pobliskich wsi, Szydłówka i Domaszewic" - wspominał swoje dowodzenie pierwszym bojem.
Następnego dnia, 13 sierpnia, "gen. Nowikow ściągnął pod Kielce całą dywizję, zamierzając jakoby zgnieść i wyłapać 'polskich sokołów'. Pomyślałem sobie: strachy na Lachy. Ale nadchodzący poranek przyniósł nam naoczne stwierdzenie ścisłości tych ostrzeżeń". Wobec wielkiej przewagi wroga Sosnkowski nakazał odwrót i wycofanie na linię Nidy, co Piłsudski uznał za właściwe i rozważne. W wolnej Polsce, w 1928 roku, prezydent Ignacy Mościcki w obecności biskupa Legionów ks. Władysława Bandurskiego i już wtedy generała Sosnkowskiego, odsłonił nad Nidą, w Czarkowach okazały pomnik "Ku chwale pierwszych bojów Józefa Piłsudskiego o niepodległość Polski". Z sześciometrowej kamiennej czworobocznej kolumny zrywał się do lotu orzeł z brązu, wyrzeźbiony przez Konstantego Laszczkę. Monument był otoczony cmentarzem legionistów. W 1945 roku pomnik wysadzili w powietrze sowieccy żołnierze, po prawie pół wieku odbudowali go okoliczni mieszkańcy.
"Niezrównana odwaga osobista"
Gdy w październiku, na postoju w Jakubowicach, Piłsudski awansował pierwszych 134 oficerów, Szef jako jedyny w l pułku Legionów został podpułkownikiem. W grudniu, w zastępstwie nieobecnego Piłsudskiego, poprowadził przemianowaną właśnie I Brygadę Legionów Polskich w stronę Tarnowa, na pomoc austriackiej 4 Armii. 22 grudnia legioniści prawie z marszu poszli do boju o stracone przez Austriaków pozycje. Tak zaczęła się największa w 1914 roku trzydniowa krwawa bitwa I Brygady pod Łowczówkiem. Legioniści wsławili się w niej brawurowymi szturmami, w których w walce na bagnety przełamywali umocnienia nieprzyjaciela, a z obsadzonych pozycji prowadzili nie mniej śmiałe wypady. W jednym z nich pluton Gustawa Świderskiego wziął do niewoli dowództwo i sztab całego 132 benderskiego pułku piechoty. A jak zaświadczał Juliusz Kaden-Bandrowski, Szef dawał dobry przykład: "U podpułkownika Sosnkowskiego zgorszenie wśród oficerów, że się dowódca z karabinem między żołnierzy wdał i szedł do szturmu". Piłsudski stwierdził wprost, że "niezrównana odwaga osobista z jednej strony, z drugiej zaś, i to przede wszystkim, niesłychanie zimna krew, niezmącona przytomność i zdolność orientacji w najcięższych sytuacjach, umiejętność rozkazywania i dowodzenia, zdobyły Sosnkowskiemu zewsząd najwyższe uznanie". Kaden-Bandrowski pisał: "Któż by przypuścił, że ten surowy, wysoki, pysznie zbudowany oficer, pamiętający w przeciągu długiego czasu każdą minutę wydanego rozkazu, nazwę każdej miejscowości, rozmieszczenie każdego plutonu w czasie walki, że ten tak surowy szef sztabu jest zamiłowanym wielbicielem sztuk pięknych. Kocha muzykę, lubi szarówką dopaść fortepianu na jakiejś kwaterze i grać Szumana [właśc. Schumanna], Szopena, obchodzą go jak najżywiej nowe szkoły malarskie, a literaturę rozumie, jakby się miłości słowa uczył we Francji. [...] W czasie bitwy pamięć podpułkownika Sosnkowskiego i orientacja jak gdyby pomnażały się jeszcze. Jest wielką radością śledzić, jak poniekąd uprzedza on sprawozdania ordynansów, odgadując sytuację frontu. Zaś dumnym może być, kto podczas długiej bitwy dotrzymał Szefowi sztabu placu we współpracy. Nie zna on wówczas ani odpoczynku, ani wytchnienia".
Sam Sosnkowski, w rozkazie wydanym do swoich żołnierzy po bitwie pod Łowczówkiem, stwierdził: "Dowiedliście, że nie ma wysiłku i nie ma ofiary dość trudnej, byście jej nie podjęli, gdy wróg złamać Was pragnie, a Wy zwyciężać chcecie. Co znaczy łamać polskie fronty, przekonał się nieprzyjaciel, przypuszczając szturm na centrum naszej pozycji, skąd odparty świetnym kontratakiem komendanta Bojarskiego [Kazimierz Kuba-Bojarski poległ pod Łowczówkiem, dowodząc I baonem], cofnął się w nieładzie, dając nam kilkudziesięciu jeńców. Wieczorny rozkaz cofnął naszą linię z jej stanowisk, by w godzinę potem ponownie ją na nie powołać. Powróciliście, wyrzucając gdzieniegdzie nieprzyjaciela bagnetem z zajmowanych przez Was dawniej stanowisk. Odeszliśmy, odparłszy 16 ataków moskiewskich, zostawiając za sobą 100 poległych [I Brygada straciła 128 poległych (w tym 8 oficerów) i 342 rannych (w tym 40 oficerów)]; nie mniej jak 4.000 rannych i zabitych przeciwnik stracił w boju pod Łowczówkiem. Odeszliśmy, uprowadzając z sobą 600 jeńców, w tej liczbie 18 oficerów. Żołnierze, w bitwie pod Łowczówkiem daliście dowód męstwa, które szacunkiem przejmuje dla Was szeregi armii, a za które nieprzyjaciel płaci stosami trupów i rannych. Wojenna postawa Wasza wskrzesza dawne tradycje oręża polskiego". Austriacy odznaczyli Sosnkowskiego Orderem Korony Żelaznej, a Piłsudski, już w Polsce niepodległej, orderem Virtuti Militari, który, w 1943 roku, generał złożył jako wotum za powodzenie sprawy polskiej przy Grobie Chrystusa w Ziemi Świętej.
"Obowiązkiem każdego człowieka jest dźwigać swój ciężar o własnych siłach"
Od 1915 roku dowodził I Brygadą w walkach toczonych w Królestwie Polskim i na Wołyniu. W maju 1916 roku Sosnkowski awansował razem z Edwardem Rydzem-Śmigłym na pułkownika. W I Brygadzie miał niepodważalną pozycję - jak to ujął Bogusław Miedziński: "Najpierw jest Komendant, potem Szef, potem długo, długo nic, a potem Śmigły".
W czasie rosyjskiej ofensywy gen. Brusiłowa na Wołyniu w największej (od Łowczówka) też trzydniowej bitwie Legionów pod Kostiuchnówką, pierwszego dnia, 4 lipca 1916 roku, Sosnkowski, podobnie jak Piłsudski, był na pierwszej linii. Do ósmej wieczorem, pod gradem czterech tysięcy wystrzelonych przez wroga pocisków, obserwował ruchy wojsk rosyjskich przy VI baonie kapitana Mariana Kukiela.
Po dymisji z Legionów Józefa Piłsudskiego, który, wobec braku deklaracji w sprawie niepodległości Polski ze strony Austrii i Niemiec, uznał dalszą walkę za bezcelową, Sosnkowski objął dowództwo I Brygady. Ale już trzy dni później także i on został zwolniony. Komendant zaprosił go wtedy do Warszawy, gdzie w Tymczasowej Radzie Stanu szefował Komisji Wojskowej. W kwietniu 1917 roku znów zaczęli ściśle współpracować. Piłsudski w żartach przepowiadał przyjacielowi, że Niemcy go aresztują. Zauważał przy tym, iż jego samego "nie ośmielą się chyba ruszyć, ale Szefa zamkną, zobaczycie". No i zamknęli ich obu - bladym świtem 22 lipca 1917 roku. Sosnkowskiego początkowo trzymali w Gdańsku, potem w Spandau pod Berlinem i w Wesel nad Renem, a po miesiącu otrzymał celę oficerską na trzecim piętrze więzienia wyższego sądu wojskowego w Magdeburgu. Rok później w twierdzy magdeburskiej spotkał się z Piłsudskim i odtąd siedzieli razem.
W jednym z więziennych listów do matki pisał: "Kochana Matuchno moja, (...) Mateczko... Każde z Twych strofujących i upominających słów tchnie wielką, pełną samozaparcia miłością. Wiesz, co sobie najbardziej wyrzucam? Nie to, iż czasami pozwalam się ogarnąć fali smutku: co jest ciężkim ciążyć musi. Ale obowiązkiem każdego człowieka jest dźwigać swój ciężar o własnych siłach. Szukać ulgi w narzekaniach, martwić nimi swych najbliższych, ukazywać im inną aniżeli pogodną i spokojną twarz - niechybnie jest to małoduszny egoizm. Toteż ile razy słowo skargi spłynie mi spod pióra, czynię sobie wyrzuty, iż grzeszę brakami miłości względem Ciebie. Chcę być jednak dobrze zrozumianym: nie na więzienie się skarżę - nawet spośród wszystkich moich osobistych mizerii uważam je za najmniejszą. Bądź jednak spokojna Mateńko i nie przejmuj się zbytnio, jeśli czasami ton zmęczenia zabrzmi tu i ówdzie w mych listach. Bądź pewna, iż starczy mi siły charakteru, by wytrwać i przetrwać".
"Mój Boże, trzydzieści trzy lata"
Zwolnieni z więzienia 8 listopada 1918 roku, dwa dni później, w niedzielę rano, przyjechali specjalnym pociągiem do Warszawy. A w poniedziałek Polska odzyskała niepodległość. Awansowany do stopnia generała podporucznika (generała brygady) został dowódcą warszawskiego Okręgu Generalnego i zaczął tworzyć Wojsko Polskie: "Czeka nas wszystkich wielka i piękna praca, polegająca nie tylko na zorganizowaniu wojska, lecz i nadaniu mu tej wysokiej wartości moralnej, która jedynie stanowi o charakterze, karności i sile Armii" - pisał w jednym z pierwszych rozkazów.
W grudniu 1918 roku na szalejącą po wojnie w Europie grypę hiszpankę zmarła jedyna córka generała, dziesięcioletnia Zosia. (Małżeństwo Sosnkowskich zostało później anulowane z powodu ciężkiej choroby psychicznej Stefanii przebywającej w szpitalu w Tworkach pod Warszawą). A na Boże Narodzenie zachorował także generał. Do zdrowia wrócił dopiero pod koniec stycznia 1919 roku. Piłsudski zaproponował mu objęcie teki ministra spraw wojskowych, ale odmówił, zgadzając się zostać drugim wiceministrem. Nominację otrzymał 3 marca 1919 roku, w przeddzień swoich imienin, które nazajutrz hucznie obchodził w wielkiej sali Hotelu Angielskiego. Na bankiecie stawiło się parę dziesiątków oficerów I Brygady, kilku członków rządu z ministrem Jędrzejem Moraczewskim, kilku posłów i sam Naczelnik Państwa. Kiedy przyszedł moment odpowiedzi Szefa na liczne toasty, kończące się za każdym razem co najmniej jednym "niech żyje", jak wspominał Tadeusz Alf-Tarczyński: "Chwila zupełnej ciszy, którą przerywają pierwsze jego słowa 'mój Boże, trzydzieści trzy lata, Chrystusowy wiek' - i w tej ciszy z końca stołu padły podniesionym głosem słowa podporucznika [Adama Gada-] Dobrodzickiego 'Boże, jaki szczęśliwy gówniarz'. I nagle sekunda ciszy zmieniła się w jakąś nie do opisania nawałę ogólnego śmiechu. Śmiał się na cały głos Komendant, ryczeli śmiechem wszyscy z wyjątkiem generała Leśniewskiego [ministra spraw wojskowych, nowego przełożonego Sosnkowskiego], który oniemiały robił wrażenie, że znalazł się nagle w jakimś nieznanym mu i niezrozumiałym świecie. W świecie, w którym oficer najniższego stopnia, publicznie, w obecności Naczelnika Państwa obraża generała i nie jest w tej chwili aresztowany i wyprowadzony z sali. I w dodatku śmiał się serdecznie sam Szef". Takie stosunki panowały tylko w I Brygadzie.
Generał Kazimierz Sosnkowski miał na progu wywalczonej niepodległej Polski 33 lata i jeszcze pół wieku życia przed sobą. Pół wieku wiernej służby Ojczyźnie, jako żołnierz, mąż stanu, Polak.



